5 zasad zero waste, którymi kierujemy się domu bez bólu i wyrzeczeń

Temat lasu, zwierząt i całej przyrody jest mi bliski od dziecka. To mama opowiadała nam podczas spacerów, jak rosną drzewa i dlaczego są potrzebne. Co roku od stycznia zbieraliśmy dla babci pudełka po jogurtach, maśle i lodach. Robiła w nich rozsady warzyw i kwiatów do własnego ogrodu, a okna w całym rodzinnym domu były pozastawiane wschodzącymi sadzonkami. Jednymi z najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa są obrazy dwóch ogrodów – jeden obok domu, w którym się urodziłam, a drugi obok domu, w którym się wychowałam. Teraz kocham trzeci ogród, w którego uprawie pomagam mojej mamie – przygotowując w domu sadzonki warzyw, owoców i kwiatów, jak kiedyś robiła moja babcia.

Czuję, że dzieciństwo dało mi jeden ważny fundament. Umiejętność samodzielnego myślenia. Jako nastolatka miałam prawo rozmawiać z mamą o tym, czy podczas zakupów użyjemy jednorazówek, czy materiałowej torby. Moje zdanie miało znaczenie, więc przy następnych zakupach zawsze pamiętałam o zabraniu torby ze sobą. Jako rodzic pozwoliła mi doświadczać świata. Pozwoliła mi zobaczyć, że mogę decydować o swoich wyborach i robić małe kroki w celu ochrony środowiska, ale pokazała mi też domy, w których woreczki foliowe są niezbędne. Nigdy nie oceniała. Miałam prawo zadecydować sama o sobie i swoich czynach. Zdefiniować swoje wartości i poczucie zobowiązania wobec natury. Byłam wolna, a wolność umożliwiała odpowiedzialność za swoje czyny. Chciałam być odpowiedzialna.

Nie jestem zero-jedynkowa. Codziennie rano wstaję z myślą, że lepiej zrobić coś, niż nic. Lepiej umieć kilka zwrotów po angielsku, niż nie uczyć się wcale. Lepiej przespacerować 500 metrów dziennie, niż nie wyjść z domu. Lepiej sprzątać 15 minut dziennie, niż raz do roku. Lepiej stopniowo zmieniać swoje nawyki, niż nie pracować nad sobą w ogóle. Dlatego chcę przedstawić listę 5 zasad zero waste, którymi kierujemy się domu bez bólu i większych wyrzeczeń. Ale też bez wyrzutów sumienia, że robimy za mało i ze świadomością, że możemy więcej.

  1. Używamy toreb materiałowych na zakupach

Jedną ekotorbę noszę zawsze w torebce i mam przy sobie, w razie nagłych zakupów – na przykład na rynku obok uczelni. Drugą torbę mamy w samochodzie. Mieszkamy na wsi, więc większą część zakupów staramy się robić przy okazji jakiegokolwiek wyjazdu – nawet, gdy chodzi tylko o świeże pieczywo czy warzywa. Gdy wybieramy się na zaplanowane zakupy, zabieramy ze sobą dokładnie 10 ekotoreb różnej wielkości. Staramy się ograniczyć ilość jednorazówek do minimum i widzimy, że nam się to udaje, gdy szuflada – niegdyś przeznaczona wyłącznie na woreczki – jest pusta. Oczywiście jesteśmy tylko ludźmi. Czasami pakuję zakupy w swoją torebkę, czasami biorę wszystko w ręce i pod pachę, a czasami zdarza nam się kupić jednorazówkę. Głównie w nagłych wypadkach, kiedy lądujemy na dobę w klinice z psem albo gdy spędzam na onkologii więcej czasu niż przewidziałam – wtedy mi wszystko jedno.

Na koniec dodam, że wszystkie ekotorby jakie mamy w domu to w większości torby reklamowe, które zaskoczyły mnie swoją obecnością w zakupach online bądź były rozdawane z programem konferencji przy rejestracji uczestników. Tylko jedna z nich jest kupiona od Komitetu Obrony Zwierząt i Edukacji Ekologicznej z Torunia. Myślę więc, że każdy ma je w domu.

  1. Kompostujemy resztki jedzenia

Z racji tego, że mieszkamy w domu, mamy swój ogród i zwierzęta, kompostowanie nie jest dla nas żadnym problemem. Zarządziliśmy, że jedno wiaderko zostaje wiaderkiem od resztek i wszyscy w domu nauczyli się odruchowo zrzucać tam niedojedzone obiady, odpady po przygotowywaniu posiłków, fusy po kawie oraz woreczki po herbacie. Gdy wiaderko się zapełni, wynosimy je na kompostownik na końcu działki. Nie sprawiło nam to absolutnie dodatkowej pracy, bo ktoś z domu zawsze wychodzi: nakarmić konia, wyprowadzić konia, przynieść drewno bądź węgiel do rozpalenia w piecu czy na spacer z psami. Z ziemi z kompostownika raz na jakiś czas korzysta mama, która zarządza ogrodowym podłożem i wie najlepiej, czy przypadkiem jakieś rośliny w ogrodzie właśnie go nie potrzebują.

  1. Odzyskujemy słoiki do ponownego użycia

Puste słoiki po dżemach, ogórkach, kompotach czy zupach wrzucamy do zmywarki i odstawiamy w jedno miejsce, a gdy się nazbiera – wynosimy je z domu do szopki. Myjemy je ponownie, gdy przychodzi sezon na robienie przetworów. W naszym domu panuje zasada, że przygotowujemy tyle przetworów, ile jesteśmy w stanie zjeść, a resztę nieprzetworzonych owoców przekazujemy dalej – osobom z rodziny i znajomym. Widzimy, że niektóre zaprawy po prostu nie schodzą w ciągu roku ani nawet dwóch lat, więc zostają wyrzucone. Nie o to chodzi w tym całym przedsięwzięciu, by zrobić jak najwięcej. Dzięki poznaniu rodzinnych predyspozycji, nie wysiewamy w ogrodzie np. patisonów, ale mamy za to dużo buraczków czerwonych. Inaczej ma się sytuacja dotycząca drzew, które rosną tu od lat – śliwek, jabłonek i orzechów włoskich. Lata są różne – czasami obfite, czasami skromne. Gdy mamy nadmiar plonów, chętnie się dzielimy. Wszyscy kochają naszą jesienną, starą odmianę jabłek. Nie wyrzucamy więc słoików przez cały rok, a po prostu odstawiamy je w jedno miejsce, by skorzystać z nich ponownie w sezonie. Sortujemy zakrętki i w miarę potrzeb dokupujemy nowe – bez słoików. Cały rok cieszymy się musem jabłkowym, czereśniowym dżemem, ogórkami curry i musem dyniowym. Nie ma nic pyszniejszego w zimowy wieczór niż powrót do smaków lata!

  1. Mamy swój ogród owocowo-warzywny

Moja mama jest prawdziwą, ogrodową czarodziejką. Choć jej numerem jeden są kwiaty, drzewa i krzewy, nigdy nie odmawia prowadzenia ogrodu warzywnego. Dzięki temu co roku mamy własne buraczki, rzodkiewki, ogórki, koperek, rukolę, pietruszkę, szczypiorek czy sałatę. Wiosenne śniadania komponujemy z ogrodu. Latem cieszymy się malinami, borówkami, aronią, poziomkami i truskawkami. Głównym powodem uprawiania ogrodu warzywnego jest świadomość, że zjadamy zdrową żywność. Korzyści, które są dla nas na dalszym planie, ale są równie ważne to: warzywa na miejscu (nie trzeba ruszać się z domu do sklepu – w naszym wypadku samochodem), warzywa niepakowane w plastik (rukola), oszczędność finansowa (rukolę mamy praktycznie od wiosny do listopada, corocznie rozsiewa się sama i zostawiamy jej kępki między grządkami) oraz oszczędność czasu i różnorodność posiłków (wyskakujemy z domu do ogrodu i przygotowujemy pyszne, świeże posiłki każdego dnia). Prowadzimy naturalny ogród i nie pielimy grządek co do jednego chwastu, więc jego posiadanie nie jest aż tak czasochłonne. Najwięcej naszej uwagi wymaga wiosną, a potem pielęgnujemy go w wolnym czasie, jednocześnie już korzystając z jego dobrodziejstw.

  1. Samodzielnie robimy sadzonki warzywne

Robieniem sadzonek warzyw do ogrodu zajmuję się ja – zaczynam się przygotowywać już w styczniu. Zamawiamy i zaopatrujemy się w nasiona oraz ziemię. Pojemniki plastikowe po maśle, jogurtach czy lodach zaczynamy zbierać już w grudniu – po prostu komunikuję w domu, by odkładać je do zlewu zamiast do śmieci. Przygotowujemy rozsady tego, co lubimy: pomidorów, papryki, pora, selera, brukselki, kapusty, kalarepy, czasami także karczocha oraz innych warzyw. Co roku w sumie wydajemy około 100 zł na nasiona oraz inwestujemy swój czas, by cieszyć się własnoręcznie wyhodowanym jedzeniem. Kocham ten okres, kiedy do okna balkonowego w sypialni przystawiam pięciopoziomową półkę pełną wschodzących nasion i pielęgnuję je do maja-czerwca. Przekazuję je wówczas w ręce mamy i to ona planuje grządki na nadchodzący sezon. Nasza współpraca zaczyna wkrótce owocować – dosłownie. Pudełka po sadzonkach, jeśli nie są zniszczone, odkładamy w skrzynkę i zostawiamy na przyszły rok. Ziemia wraca do ogrodu. Nasiona są już roślinami i zaraz będą naszym pożywieniem.

Te 5 zasad, może bardzo prostych, może dla Ciebie zbyt oczywistych, może dla kogoś niemożliwych do wprowadzenia, pozwala nam prowadzić życie trochę bardziej przyjazne środowisku, ale też zdecydowanie spokojniejsze. Przyzwyczajenie do brania ze sobą toreb za zakupy oszczędza stresu, że nie ma w co ich zapakować i jak zabrać do samochodu. Ogródek warzywny przy domu to spokój, że zawsze masz z czego ugotować obiad – co jest dla mnie ważne w okresach, kiedy moje zdrowie słabnie i nie mam ochoty się ruszać z domu na zakupy. Robienie domowych przetworów to chwila relaksu i czas dla siebie. Naprawdę lubię to robić.

Daleka jestem od tego, by mówić komuś, jak ma żyć. Lubię jednak dzielić się tym, co dla mnie ważne, a kontakt z naturą i dbanie o środowisko zdecydowanie takie jest. Miło o tym rozmawiać, miło wymieniać doświadczenie i miło posłuchać, jak robią to inni. Może podzielisz się z nami Twoimi sposobami na dbanie o naturę?

Ślę uściski i dużo otuchy w ten pierwszy listopadowy dzień,

Jeśli uważasz, że warto podzielić się tym artykułem z innymi – udostępnij go na Facebooku, poleć bliskiej Ci osobie albo po prostu daj znać w komentarzu, że Ci się podobało! 🙂