„Czy słonie dają klapsy? Fascynujące rodzicielstwo zwierząt” – recenzja książki napisanej przez lekarza weterynarii

Ciężko powiedzieć, czy czytam dużo i czy lubię czytać. Pewne są trzy kwestie: wolę czytać niż słuchać, wolę czytać niż oglądać i lubię czytać tylko dobre książki. A dobra książka dla mnie to ta, która otrzymuje miejsce na półce w moim domu. Pozostałe podaję dalej albo sprzedaję. O tym, czy pozycja „Czy słonie dają klapsy? Fascynujące rodzicielstwo zwierząt” autorstwa Marty Alicji Trzeciak (Wydawnictwo Feeria) zostanie na mojej półce, przekonacie się poniżej.

Wspomnianą pozycję przede wszystkim czyta się lekko. Po pewnym czasie doszłam jednak do wniosku, że poruszane zagadnienia nie dla każdego są proste i oczywiste, a mój mózg przesiewa treść książki przez wiedzę zdobytą podczas studiów inżynierskich z fizjoterapii weterynaryjnej i magisterskich z zootechniki. To też jednocześnie sprawiło, że wciągnęłam się na maksa i przewracałam kartka za kartką w każdej wolnej chwili – gotując obiad, czekając w kolejce u lekarza czy w samolocie do Australii. Przypadł mi do gustu styl autorki, jej rozważania i dobór przykładów dla poparcia poruszanych w danym momencie kwestii.

Ponadto (choć to pewnie kwestia sporna) książka ma taki układ strony i takie kartki, które sprawiają, że zwyczajnie dobrze się ją czyta. Jestem z tych, którzy nie lubię wersji kieszonkowych, mocno białych stron i maksymalnie ubitej treści, dlatego mogłam podczytywać książkę w różnych sytuacjach, także w przyciemnionym świetle przed snem. „Czy słonie dają klapsy? Fascynujące rodzicielstwo zwierząt” to 288-stronicowa pozycja, w okładce miękkiej, z zakładkami na początku i końcu. Pokochałam od pierwszego wejrzenia projekt okładki i ilustracje wewnątrz książki – rewelacyjnie pomyślane! Książkę wewnątrz i wszystko, o czym tutaj mówię, możecie dokładnie obejrzeć na moim InstaStory związanym z tą książką – dokładnie TU.

Po przeczytaniu książki zostało mi w głowie kilka najważniejszych dla mnie spraw, jakie były w niej poruszone. Moim osobistym numerem jeden jest łacińskie zdanie (mater semper certa est, pater est, quem nuptiae demonstrant), które oznacza, że zawsze wiadomo, kim jest matka, ale ojcem jest ten, na którego wskazuje związek. Przeczytanie tego fragmentu sprawiło mi prawdziwą radość i przyjemność, ponieważ z przyczyn niezależnych (śmierci) sama nie wychowywałam się z biologicznym ojcem, a temat (prędzej czy później) zawsze mnie dotykał 😉 Uśmiechnęłam się do siebie w momencie przeczytania, bo dla mnie zdanie zabrzmiało wprost pięknie! Dla mnie działa w obie strony – niezależnie od tego, czy chodzi o matkę, czy o ojca.

Zapadło mi też w głowie wspomnienie badań nt. roli ojca, która zaczyna się już w czasie trwania ciąży partnerki. Ewolucyjnie mężczyzna zwyczajnie nie może wyręczyć kobiety w niektórych kwestiach (np. w laktacji), ale może ją w tym czasie realnie wspierać, co wpływa zarówno na relacje między partnerami, jak i ojcem a dzieckiem. Wzruszyły mnie też rozważania nt. reagowania na płacz dziecka, które płacze, bo potrzebuje bliskości, a nie dlatego, że jest małym, sprytnym manipulatorem. „To, że nasze dzieci dążą do częstego i bliskiego kontaktu fizycznego, nie jest bynajmniej następstwem niewłaściwego wychowania, lecz stanowi naszą spuściznę ewolucyjną.” Niemowlęta naprawdę potrzebują swoich rodziców.

Książka „Czy słonie dają klapsy? Fascynujące rodzicielstwo zwierząt” (Marta Alicja Trzeciak, Wydawnictwo Feeria) zostaje na mojej półce 🙂 Polecam książkę wszystkim miłośnikom zwierząt oraz każdemu, kto lubi ciekawostki i szybko wkręca się w nowe tematy. Ta pozycja kilkakrotnie podczas czytania utwierdziła mnie w przekonaniu, że moje rozważania na temat rodzicielstwa (i tego zwierzęcego, i tego ludzkiego) są uzasadnione. Moją i ich naturą.

Jeśli będziecie mieli okazję sięgnąć po książkę – życzę przyjemnej lektury,