Jak wolne niedziele zmieniły moje życie?

Jeszcze w grudniu, będąc w Australii, korzystając z uroku końcówki pierwszego trymestru i początku drugiego, wstawałam o 4:00 rano razem ze słońcem i papugami. Nastawiałam wodę na gorącą herbatę, robiłam sobie lekkie śniadanie i siadałam przy stole w kuchni. Albo na tarasie. Brałam ze sobą notes i długopis i pisałam wszystko to, co przychodzi mi do głowy. Miałam to szczęście, że poniekąd rok 2018 zamknęłam w listopadzie. Wiedziałam już wcześniej, że cały grudzień, w tym Boże Narodzenie i Nowy Rok, a także początek stycznia spędzimy w Australii. Zamykając biuro i wychodząc z domu pod koniec listopada, zakończyłam 2018 rok i leciałam do Brisbane myśląc wyłącznie o projekcie, jaki tam realizowałam. Właśnie dlatego te poranki o 4:00 rano były takie oczyszczające. Mogłam podsumować minione miesiące na spokojnie i równie powolutku planować cały rok 2019. Nie spisywałam podekscytowana noworocznych postanowień, a każdego dnia dojrzewałam do podejmowania kolejnych decyzji. Naprawdę powoli. Naprawę spokojnie. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Modyfikowałam, zadawałam sobie w myślach miliony pytań i dochodziłam do tego, co jest dla mnie naprawdę ważne. Spisałam dokładnie 14 celów na 2019 rok. Jeden z nich brzmi: niedziele dla siebie, rodziny i domu.

Spędzając poranki sam na sam ze swoimi myślami doszłam do wniosku, że odkąd skończyłam 18 lat żyję na pełnych obrotach. Intensywnie pracuję, intensywnie zwiedzam cały świat, intensywnie poznaję nowych ludzi. Jestem w ciągłym ruchu. Teraz chcę też być w statyce. Chcę zachować swoją dynamiczność ze świadomością, że jeden dzień w tygodniu jest dniem tylko dla mnie i bliskich, najlepiej w naszym domu. To dzień bezpieczeństwa. Bo nawet jeśli cały tydzień pali się i wali, nawet jeśli mamy na głowie milion zmartwień, nawet jeśli nie wyrobiliśmy się z pracą w tygodniu – niedziela jest bezpieczna. Jest wolna. I jeśli pragnę dla relaksu przez cały dzień przesadzać kwiaty na wiosnę, robię to właśnie w niedzielę.

Nie dość, że zasada okazała się strzałem w dziesiątkę i z ogromną przyjemnością pilnuję tego, by w niedziele nie pracować zawodowo, to ten (niby błahy) cel uporządkował wiele spraw związanych z prowadzeniem firmy, pracą dla klientów, nauką na studia czy załatwianiem spraw urzędowych. Cały 2018 rok pracowałam w niedziele, bo zwyczajnie nie wyrabiałam się z pracą w tygodniu. Ten ostatni dzień był czasem na nadrabianie zaległości – telefony nie dzwoniły, a ja mogłam spokojnie odpisywać na maile, planować posty w social mediach i zrobić milion innych małych rzeczy, na które nie znalazłam 2 minut w ciągu dnia przez minione 6 dni. Teraz codziennie, spokojnie i konsekwentnie, wykonuję zadanie po zadaniu z myślą, że cokolwiek by się nie działo – w niedzielę poświęcę się sobie. Z ogromną dbałością o ciało i umysł, a także wszystkich tych, których kocham. Bo właściwie – koniec końców – czy jest dla mnie na świecie coś ważniejszego niż ja sama, moja rodzina i zwierzęta, za które wzięłam odpowiedzialność?

Tak bardzo doceniam to „noworoczne postanowienie” (choć wolę nazywać je celem), że zdecydowanie prościej wychodzi mi realizacja większości zadań i zdecydowanie chętniej przystępuję do rozwiązywania problemów. Po prostu stworzyłam sobie bezpieczną czasoprzestrzeń i mam świadomość, że cokolwiek by się nie działo, mam swoje miejsce. Swoje miejsce stworzone zgodnie z wartościami, jakie są dla mnie ważne. Swoje miejsce z ludźmi, których kocham i przez których jestem kochana. Swoje miejsce, gdzie myśli krążą swobodnie, a umysł nie jest ograniczany. To jest po prostu poczucie. To nie jest ani dzień tygodnia, ani miejsce na mapie, ani nic materialnego. To jest głęboko we mnie.

Dowiedziałam się o tym przypadkiem, pijąc gorącą herbatę na tarasie pewnego wczesnego poranka w Australii i chciałam się tym podzielić. Bo może Ty też masz rozwiązania na swoje zmartwienia… w sobie?

Mam nadzieję, że pozwalasz sobie czasami dojść do głosu 🙂 Ściskam mocno!

Zdjęcia do wpisu: Marta Wiśniewska | Lady Amarena Photography