Trudna (moja) miłość do (mojego) dziecka z inkubatora – jak kocha mama wcześniaka?

Kiedy powiedziałam o tym pierwszy raz na głos – serce biło mi jak dzwon, ręce się trzęsły i myślałam, że zaraz zemdleję, a moja rozmówczyni tylko delikatnie przytaknęła głową i cicho powiedziała: „Czułam to, co Ty. Miałam tak samo.” Minęło kilka miesięcy zanim znowu zebrałam się na odwagę i porozmawiałam o tym z inną kobietą. Uśmiechnęła się lekko, zgodziła się ze mną i przyznała, że choć urodziła zdrowe, cudowne dziecko to… doświadczyła tego samego. Dodała tylko od niechcenia: „Przykre, że tak mało się o tym mówi. Czułam się z tym naprawdę źle.”

Mnie i te dwie kobiety łączy jedno: nie zalała nas fala miłości po porodzie. Nie opowiem Wam ich historii, bo jeśli by chciały, zrobiłyby to same. Opowiem Wam moją historię trudnej miłości do mojego dziecka z inkubatora. Zdecydujcie więc tu i teraz, czy wychodzicie, czy zostajecie i czytacie dalej.

Nie płakałam z radości, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Wyłam ze strachu o to, że zaraz umrze, a ja nawet nie zdążę jej zobaczyć. Serce nie pękało mi z dumy, że zostałam mamą. Serce pękało mi na milion kawałków, bo zobaczyłam swoje dziecko w inkubatorze – półtorakilogramowe ciałko owinięte kablami i kości powleczone cieniutką skórą. Nie rozpływałam się z czułości nad maleńkimi stópkami i rączkami, bo do stópek były przypięte kabelki, a rączki… były tak małe i wychudzone, że bałam się ich dotknąć. Nie były ani trochę słodziutkie… i tak naprawdę to bardzo mnie przerażały.

Bałam się i byłam przerażona. Bałam się dotyku. Bałam się tego, co zobaczę, bo pierwsze spotkanie z córką było dla mnie nie do zniesienia. Bo pierwsze spotkanie bolało mnie tak bardzo, że nie tylko było mi ciężko znieść je psychicznie, ale przerodziło się w fizyczny ból. Mój połóg trwał w nieskończoność. Nie chciałam spędzać z nią czasu i jednocześnie nie chciałam opuszczać ani na chwilę. Płakałam, gdy ona płakała. Płakałam z bezsilności, bo nie mogłam tak po prostu wyciągnąć jej z inkubatora. Nie mogłam jej wziąć na ręce, utulić ani ucałować na uspokojenie. Płakałam, bo byłam bezużyteczna. Płakałam, gdy opuszczałam oddział i szłam do samochodu na parking. Płakałam, bo przyjechałam tutaj z brzuchem, a odjeżdżam bez brzucha… i bez dziecka. Czułam się najgorszą matką na świecie.

Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co się stało i że będę musiała przez to wszystko przejść. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, co robić, jak się czuć, zachowywać i kogo prosić o pomoc. Czułam się najgorszą matką na świecie, bo nie chciałam myśleć o swoim dziecku. Myślenie sprawiało mi ból. Kiedy szłam po szpitalnym parkingu, niebo było wciąż słoneczne, pachniał majowy bez, ludzie wokół mnie żyli swoim życiem, a świat wcale się nie zatrzymał. To tylko mój świat się zawalił. Tylko ja zostawiałam swoje dziecko za plecami i nigdy nie odwracałam się, by ostatni raz pożegnać ją spojrzeniem. Po prostu wychodziłam. Bez zastanawiania się. Bez myślenia. Bez machania i wysyłania całusów przez szybę. Wychodziłam od niej tak, jakbym wychodziła ze sklepu.

Nie chciałam o tym wszystkim myśleć. Nie chciałam myśleć o tym, że jest karmiona sondą, że jej nagie ciałko jest wyciągane z inkubatora przez obce, zimne dłonie. Nie chciałam myśleć o tym, że nie ma mnie przy niej w nocy. Że nie ma mnie, kiedy płacze. Że nie ma mnie, kiedy czuje ból. Że nie ma mnie właściwie wcale. Że ma mamę, ale za szybą inkubatora. Albo dziesiątki kilometrów dalej. Nie chciałam myśleć, ale robiłam to bez przerwy – przecież to moje dziecko. Dziecko, które kocham bezgranicznie i niezależnie od wszystkiego. Oczywiście, że to bolało. Kiedy tylko zaczynałam rozmyślać… rozsypywałam się na milion kawałków. Płakałam. Dużo płakałam, a strach o kolejną godzinę jej życia paraliżował całe moje ciało.

Serce mnie ratowało. Moje serce i to, co było w jego głębi. Była tam miłość. Była, ale przygnieciona toną innych uczuć. Przygniatał ją strach o życie. Przygniatało ją poczucie winy. Przygniatało ją przerażenie. Serce mnie ratowało, bo pozwoliło zaufać intuicji, a intuicja pozwoliła mi odczuwać tu i teraz. Pozwoliła mi żyć. Wziąć oddech. Uwolnić się od oczekiwań. Zaakceptować miłość… w innej postaci.

Nie zalała mnie fala miłości po porodzie. Nie zachwycałam się przesłodkim widokiem śpiącego maluszka. Przez pierwszy miesiąc bycia mamą wstawałam w nocy tylko do laktatora. Wstawałam do laktatora, bo byłam bez dziecka. Przez pierwszy miesiąc bycia mamą czułam ogromne poczucie winy i miałam jeszcze większe wyrzuty sumienia.

Po prostu ciężko było wyrażać miłość. Ciężko było o najmniejszy uśmiech, bo każdy kończył się płaczem. Dużo płakałam, ale w gruncie rzeczy ten płacz dawał mi siłę. Ciężko było dotykać, bo dotyk długo był niemożliwy. Ciężko było mówić, gdy żadne słowo nie chciało przejść przez gardło. Ciężko było spojrzeć sobie w oczy. Ciężko też było ukryć radość, gdy wychodziliśmy ze szpitala po raz drugi – tym razem już wszyscy.

Miłość to najpiękniejsze uczucie, jakiego doświadczamy. Warto celebrować je codziennie – nie tylko od święta. Warto też spojrzeć wgłąb siebie i zrozumieć, że miłość nie ma jednego oblicza. Nie ma definicji. Nie jest schematem. Nie jest do końca poznana. Jest za to nieskończona. Jest zaskakująca. Onieśmiela. Pisze najwspanialsze scenariusze. Sprawia, że jesteśmy sobie bliscy. Że o siebie dbamy. Że jesteśmy gotowi na wszystko.

Nie zalała mnie fala miłości po porodzie. Ale to nie znaczy, że nie pokochałam swojego dziecka od pierwszego wejrzenia i w żaden sposób nie definiuje mnie jako matki.

Ten tekst dedykuję wszystkim mamom:

  1. których nie zalała fala miłości po porodzie,
  2. które urodziły przedwcześnie,
  3. które urodziły zdrowe dzieci,
  4. które urodziły dzieci niepełnosprawne,
  5. które potrzebują wsparcia,
  6. które mają poczucie winy,
  7. które mają wyrzuty sumienia,
  8. które są na siebie złe, że się nie cieszą (a przecież wszyscy mówią, że powinny),
  9. które są zawiedzione, że poród wyglądał inaczej niż oczekiwały,
  10. które po prostu tego potrzebują.

Niech oczekiwania innych i wirtualna (często zbyt cukierkowa i Instagramowa) rzeczywistość nie sprawiały, że czujecie się gorzej. Pamiętajcie – tylko Wy same wiecie, jak wygląda i jak piękna jest Wasza miłość do Waszego dziecka. Ściskam Was mocno!