Historia drugiego pierścionka – dwie opowieści o moich miłościach

Ten wpis na Instagramie stał się początkiem opowieści o dwóch pierścionkach zaręczynowych. O jedynym z nich marzyłam odkąd pamiętam. Leżał latami na półce przy książkach w starym mieszkaniu mojej mamy. 12 lat temu wsunęłam go na palec i pasował idealnie. Już wtedy wiedziałam, że nie będę się z nim rozstawać. Wiedziałam, że jest w nim cząstka mnie i że właśnie przyszedł czas na to, bym zaczęła go nosić. Włożyłam pierścionek na serdeczny palec u lewej ręki i zdecydowałam, że będę go pilnować jak oczka w głowie. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że w pewne letnie popołudnie zmieni się wszystko. Że się przerażę na śmierć, że straciłam go na zawsze. Nie wiedziałam też, że… znajdę go potem w popiele.

ZGUBIONY W STAJNI, ZNALEZIONY W POPIELE

Jak zwykle i codziennie od kilku lat – szłam nakarmić i wyprowadzić konia ze stajni. Zawsze też ogarniałam wszystko wokół: sprzątałam boks, wywoziłam obornik, przynosiłam świeżą słomę, ładowałam siano do siatki, przygotowywałam porcję wysłodek buraczanych na kolejne karmienie, myłam i napełniałam wiadra wodą. Sprawdzałam, czy z koniem wszystko w porządku i po około półtoragodzinnej pracy, wracałam do domu. Ściągałam rękawiczki, odkładałam buty na miejsce i rozbierałam się z roboczych ubrań. Zawsze, zanim poszłam się wykąpać po pracy, przynosiłam drewno do pieca i wynosiłam śmieci. Naprawdę dokładnie pamiętam swój okres życia sprzed tych kilku lat, a ten dzień szczególnie. Po kąpieli poszłam szykować sobie drugie śniadanie i nagle uświadomiłam sobie, że nie mam na palcu pierścionka. Totalnie spanikowałam. Powiedziałam mamie, a ona zachowała zimną krew. Wspólnie z nią próbowałam sobie przypomnieć, co dokładnie robiłam i gdzie. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz widziałam pierścionek, więc szukałyśmy w miejscach, w których przebywałam od rana. Najbardziej prawdopodobne było, że zgubiłam go przy pracy. Znacie powiedzenie szukać igły w stogu siana? My właśnie szukałyśmy tak pierścionka – i to dosłownie, bo w stajni.

Szukałam pierścionka w śmietnikach do segregacji, bo podczas pracy wyrzucałam przecież sznurki od snopków i ligninę po czyszczeniu kopyt. Szukałam pierścionka w słomie, bo przecież woziłam świeżą ściółkę. Szukałam pierścionka na strychu pełnym siana, bo przecież zrzucałam nowe snopki do załadowania siatki. Szukałam pierścionka wśród wiader, grabi, wideł i wszędzie tam, gdzie stanęła moja stopa odkąd się przebudziłam. Niestety nigdzie go nie było. To naprawdę było szukanie pierścionka w stogu siana.

Skoro po kilku latach od zgubienia tego pierścionka wciąż mam go przy sobie znaczy, że się znalazł! 🙂 To niesamowite, że tak dokładnie pamiętam ten dzień. Mama siedziała na podłodze i rozpalała w piecu. Siedziałam w kuchni razem z nią i nagle wszystko mi się przypomniało. Nakładałam drewno, podarłam rękawiczkę, wrzuciłam ją do wiadra, przyniosłam do domu razem z drewnem i… wszystko trafiło do pieca. Mama szybko wybrała popiół, poczekałyśmy aż ostygnie, przesiewałyśmy i grzebałyśmy w nim do skutku. Aż naszym oczom ukazał się… porządnie spalony pierścionek. Był cały czarny i bałam się, że nie będzie można go odratować. Włożyłam pierścionek w strunowy woreczek i uparłam się, że sama zapłacę za jego odnowienie. Ponieważ wtedy jeszcze nie pracowałam i bałam się, że taka renowacja biżuterii będzie kosztować fortunę – czekałam do urodzin i świąt aż zaoszczędzę pieniądze, które dostanę na prezent. Kiedy już miałam wymarzone 200 zł poszłam do jubilera i… zapłaciłam 15 zł, a pierścionek wyglądał jak nowy. Pamiętam do dziś, jak bardzo cieszyłam się, że go odzyskałam. Z pieniędzy, które zostały, postanowiłam go nieco zmniejszyć i porządnie dopasować do palca (co kosztowało mnie kolejne 15 zł), bo właśnie to było powodem zsunięcia się pierścionka przy ściąganiu rękawiczek i spalenia rękawiczki razem z pierścionkiem.

OD KOŃCA DO POCZĄTKU

Moja mama szybko wybacza i nie przywiązuje dużej uwagi do rzeczy. Wie, że wszystko przemija. Wie, że nic nie jest wieczne. Wie, że wypadki się zdarzają. Jest wyrozumiała. Była naprawdę zaangażowana w poszukiwania pierścionka, ale nie widziałam na jej twarzy złości, przygnębienia czy jakichkolwiek negatywnych emocji. Nie bałam się, że będzie mnie obwiniać. Wiedziałam, że zrozumie. Wręcz byłam tego pewna. Mimo wszystko bałam się, że przygniecie nas smutek po stracie. Bałam się, że mi i mojej mamie będzie przykro. Bo zgubiłam pierścionek, który nosiłam nieprzerwanie od dobrych kilkunastu miesięcy. Bo zgubiłam… jej pierścionek zaręczynowy.

DWA PIERŚCIONKI – DWIE OPOWIEŚCI O MIŁOŚCI

Ponieważ ktoś, kogo obie (mama i ja) bardzo kochamy, jest w niebie – mamy kawałek tego nieba w swoim domu. W naszym życiu. W zwykłej codzienności. Ten pierścionek zaręczynowy, który moja mama dostała od mojego taty – jest moim niebem. Codziennie przypomina mi o wszystkim, co najlepsze. Jest też niebem, na którym maluje się moja przeszłość i przyszłość. A to z kolei przypomina mi, ile przeszłam, jak bardzo jestem silna i ile wspaniałego jeszcze przede mną.

Dwa pierścionki zaręczynowe. Dwie opowieści – jedna o nich, druga o nas. Jedna to przeszłość, druga to przyszłość. Obie się zazębiają. Obie mają na siebie wpływ. Wydobywają ze mnie wszystko, co najlepsze. Pierścionki to rzeczy materialne i nie rozczulam się nad nimi w każdej chwili mojego życia, ale czasem, gdy na nie zerkam, ciepło mi na sercu i wiem, że wszystko będzie dobrze.

Wszystko będzie dobrze, bo niebo mamy na ziemi.