Jak macierzyństwo wpłynęło na moje planowanie? Kilka słów o tym, czego można nauczyć się od dziecka + KONKURS

Nie, nie zacznę od tego, że macierzyństwo zmieniło wszystko w moim życiu i zweryfikowało sposób planowania. Zrobię odwrotnie – zacznę od tego, że nie trzeba być mamą, by móc uczyć się od dzieci. Moje macierzyństwo od pierwszych chwil wymagało podejścia zadaniowego i nastawionego na cel. Ze szpitala wróciłam do domu sama. Moja córka została na oddziale intensywnej terapii noworodka, a ja po prostu musiałam wrócić do normalnego życia. Oczywiście, że przechodziłam okropnie ciężkie chwile. Źle znosiłam ból po cesarskim cięciu i to, że nie mogę cieszyć się macierzyństwem tak, jak inni – w domu, w spokoju, odpoczywając razem z noworodkiem. Zamiast tego, czego pragnęłam, dostałam to, czego nikt nie chce – strach o życie dziecka i świadomość, że muszę być gotowa do walki. Bycie mamą wcześniaka nauczyło mnie, że trzeba mieć plan, trzymać się zasad, nie rezygnować, nadzwyczaj często słuchać intuicji, cierpliwie czekać i podążać za potrzebami dziecka, a więc być elastyczną w realizacji planu. Bycie mamą wcześniaka nauczyło mnie też odnajdywać się w sytuacjach spontanicznych, porzucać stworzony plan oraz stresować się mniej, gdy coś dzieje się nagle i nie idzie po mojej myśli. Nie jestem mistrzem planowania, ale bez planu czuję się jak bez ręki – właśnie dlatego dzielę się z Wami zasadami, których trzymam się szczególnie mocno, odkąd zostałam mamą 🙂 Zachęcam do przeczytania wpisu do samego końca – tam czeka na Was niespodzianka!

ROBIĘ NA ZAPAS

Robię i działam na zapas wtedy, kiedy mogę. Mogę przygotować coś na przyszłość, gdy jestem z innymi sprawami na bieżąco, mam wolną chwilę albo sprzyjający moment. W moim przypadku celem robienia czegoś na zapas jest redukcja stresu. Unikam w ten sposób sytuacji, które mogą być dla mnie nieprzyjemne, powodować frustrację, złość albo dezorganizację. Działanie na zapas ma też szereg korzyści, które pozostają dla mnie nie bez znaczenia – oszczędność czasu i pieniędzy. Robię na zapas, bo nie wiem, co będzie jutro, nie wiem czy zdążę, nie wiem czego się spodziewać, a czasem chcę mieć po prostu święty spokój. Przykładowymi sprawami, które najczęściej załatwiam na zapas są:

  1. pranie – staram się nie dopuszczać do tego, by kosze z praniem były nieznośnie pełne. To dlatego, że zdarzało nam się w przeszłości nagle trafiać do szpitala i wciąż wiem, że musimy być na to gotowi. Nie ma nic gorszego niż brak ulubionych dresów, wygodnych ubranek dla dziecka i porządnego kocyka w szpitalu.
  2. gotowanie – bo nigdy nie wiem, czy czasem nie zaśpimy. Kiedy jesteśmy cały dzień w domu to gotuję na bieżąco, ale jeśli wiem, że na drugi dzień jedziemy do ośrodka, szpitala lub na uczelnię – przygotowuję posiłki wieczorem. Oczywiście, że zawsze możemy zjeść coś na mieście, ale z powodu ciężkiej niedokrwistości u córki, mocno trzymamy się zaleceń i ustalonej diety. Unikam więc sytuacji, w których nie wiem, co podam jej na obiad albo zapominam zabrać ze sobą przygotowaną wcześniej kolację. Jeśli ugotuję czegoś za dużo i mogę to zamrozić – pakuję do woreczka na mleko i dokładnie opisuję. Gotowanie na zapas obejmuje również przygotowanie do gotowania – w zamrażalce mam przygotowane porcje owoców do śniadań i kolacji, a na obiad uszykowane porcje mięsa, ryb oraz warzyw. Dzięki temu przygotowanie posiłków idzie mi szybciej i sprawniej, a każda oszczędność czasu jest naprawdę mile widziana.
  3. pisanie – piszę na zapas wpisy na blogu (ten również był napisany z wyprzedzeniem), content na social media (dla klientów), prezentacje na zaliczenie na studiach i inne. Planuję, co muszę przygotować w najbliższym czasie i jeśli tylko mam ku temu okazję – zabieram się do pracy. Ustalam, co jest najważniejsze, ile potrzebuję na to czasu i jak bardzo mi na tym zależy, a potem siadam i po prostu piszę. Często wtedy, gdy nie mam weny i nie czuję flow, ale nie czekam na lepszy moment.
  4. zakupy – ile się da, tyle kupujemy na zapas. Oczywiście z głową i zupełnie świadomie. Kupuję więcej kaszy jaglanej, bo lubimy i często jemy. Bierzemy w sklepie więcej paczek suchych chusteczek dla niemowląt, bo wiemy, że i tak będą potrzebne, a mamy je gdzie przechowywać i ich ilość w domu nie stanowi problemu. Podobnie działamy z pieluszkami – kupujemy tyle, ile wiemy, że zużyjemy przed zmianą rozmiaru na większy. Zakupy na zapas mają dla mnie duże znaczenie, bo karmię córkę piersią i mieszkamy w domu na wsi z dala od wszelkich marketów. Zawsze jest tak, że robimy zakupy przy okazji wyjazdu do miasta i idziemy do sklepu wszyscy razem, a kto chociaż raz robił zakupy z 11-miesięcznym dzieckiem ten wie, że nie zawsze idzie jak z płatka 🙂

ROBIĘ NA BIEŻĄCO

Nie wszystko zapisuję na liście rzeczy do zrobienia. Niektóre zadania robię na bieżąco, a inne sprawy załatwiam od ręki. Gotowanie weszło mi w nawyk odkąd Z. ma rozszerzaną dietę, więc nie wpisuję tego w plan dnia na kartce – po prostu robię to automatycznie (inną sprawą jest oczywiście planowanie posiłków) i nie zajmuję sobie tym zbytnio głowy. Podobnie jest ze wspomnianym wcześniej praniem – wstawienie pralki zajmuje mi dwie minuty (zazwyczaj mamy posortowane brudne ubrania) i robię to w międzyczasie. Jeśli nie mam czasu rozwiesić prania – włączam suszenie i mam problem z głowy. Na bieżąco odbieram telefony, na bieżąco dzwonię, wyrzucam śmieci (także chodząc po domu i zbierając je przy okazji), odkładam rzeczy na miejsce, codziennie ogarniam portfel (czasem na poczekalni albo w samochodzie) oraz torebkę. Praca na bieżąco ma na celu unikanie nagromadzenia małych, błahych spraw, które mogły być zrobione szybko i natychmiast, a zaniedbane stworzyły dużą (ciężką do ogarnięcia) zaległość. Wszyscy wiemy, jakie to nieprzyjemne.

ROBIĘ PRZY OKAZJI

Wiem, że robienie dwóch rzeczy na raz już dawno wyszło z mody. Do mnie jednak przemawia. Dzięki robieniu czegoś przy okazji osiągam nie tylko zamierzony cel, ale też wiele korzyści pobocznych. Jako mama dziecka zmagającego się z wieloma problemami łączę terapię z zabawą – bywają dni, w których nie rozdzielam czasu na zabawę i czasu na terapię, lecz łącze je ze sobą w jedno. Dzięki temu z nadwrażliwością dotykową radzimy sobie podczas poznawania jedzenia, z terapią wzroku podczas zabaw ma macie, a skoro w domu i tak nosimy się na rękach – to ubieramy kurtki i idziemy na spacer. Przy okazji wykonujemy również wspólnie inne zadania domowe (np. składanie i segregowanie ubrań) oraz załatwiamy sprawy na mieście.

TRZYMAM SIĘ ZASAD, RUTYNY I GRAFIKU

I tyle w temacie. Czasem coś sobie odpuścimy, ale zdecydowanie wszyscy wolimy dni, które idą zgodnie z planem – i wcale nie chodzi tu tylko o plan dnia dla dziecka. Rano podajemy leki, ćwiczymy, jemy śniadanie, drzemka, ćwiczymy, obiad… i tak dalej. W ramówce dnia mamy też spacer, kąpiel, porę spania, czas na masaż. W wyznaczone dni jesteśmy w ośrodkach lub w szpitalu. Raz w tygodniu ja podjeżdżam na uczelnię. Pracując również trzymam się zasad – najpierw telefony, potem maile, później social media. Inne prace typu newsletter, dłuższy artykuł, przygotowanie zdjęć mają wyznaczony swój czas w ciągu tygodnia, a ramy publikacji (np. wpisy na blogu pojawiają się we wtorki o 6:30) pozwalają mi realizować zadania w konkretnie wyznaczonym terminie. Może brzmieć nudno… ale naprawdę nie jest. Bo kiedy realizujesz swoje cele, widzisz efekty pracy i pozytywne skutki samodyscypliny – odczuwasz radość, satysfakcję, spokój i dumę. Nie nudę 🙂

SZYBKO PODEJMUJĘ DECYZJE

Tak, tego akurat nauczyło mnie bycie mamą 😉 Jeszcze będąc w ciąży miałam duży problem z podejmowaniem decyzji i zawsze długo się wahałam bądź zwlekałam z odpowiedzią. Macierzyństwo nauczyło mnie, że muszę konkretnie zdecydować, bo zaraz nie będzie czasu, bo zaraz wszystko może się zmienić, bo muszę podjąć ryzyko albo na odwrót – nie ryzykować. Szybkie podejmowanie decyzji ma w sobie jeden plus – w moim przypadku pierwsza myśl zawsze jest najlepsza. Nie ma znaczenia, czy chodzi o to, co zjemy dziś na obiad, czy o dalsze losy terapii. Nie ma znaczenia, czy chodzi o wybór dnia na wizytę lekarską, czy o wybór filmu na wieczór. Im szybciej zdecyduję – tym szybciej przystąpię do działania. Im szybciej przystąpię do działania – tym szybciej uzyskam pożądany efekt, odczuję skutki lub zrealizuję cel. O to przecież chodzi!

COŚ JESZCZE MUSZĘ CI POWIEDZIEĆ

Muszę przyznać, że wykorzystuję na pracę (jakąkolwiek – czy zarobkową, czy domową, czy na studia, czy dla przyjemności w ogrodzie) każdą drzemkę córki. Bardzo często pracuję wieczorami i w nocy, natomiast (na ten moment) nigdy z rana. Korzystam z pomocy i wsparcia, jeśli mam taką możliwość. Staram się mieć plan B, jeśli A nie wypali. Zaoszczędzam czas ograniczając ten spędzony na social mediach bez powodu. Skończyłam z ładnym planowaniem – mam swój ukochany Moleskine w kropki i piszę w nim zwykłym długopisem, od czasu do czasu używając zakreślacza. Nie ma w nim nic pięknego, ale jest skuteczny i to mi wystarcza. Teraz jest też moment, by wspomnieć o tym, co jest najważniejsze – Twoje podeście. Kilka nagłych pobytów w szpitalu z dzieckiem sprawiło, że nauczyłam się odpuszczać. Świat się nie zawalił, choć nie odpisałam na maile, nie odebrałam telefonu, nie zaliczyłam przedmiotu na studiach, spóźniłam się z płatnością i zapomniałam kupić komuś prezentu. I co z tego? Co z tego, że ktoś dostał maila z odpowiedzią tydzień później, skoro nawet tego nie zauważył? Co z tego, że nie odebrałam telefonu, skoro oddzwoniłam? Co z tego, że nie zaliczyłam przedmiotu na studiach, skoro poprawiłam i mogłam studiować dalej? Co z tego, że nie zapłaciłam czegoś na czas, skoro i tak nie naliczono odsetek? Co z tego, że zapomniałam kupić prezentu, skoro to był prezent dla bliskiej mi osoby, a ona po prostu to zrozumiała?

Kiedy działam ze stuprocentowym zaangażowaniem, kiedy jestem wobec siebie szczera i kiedy obiektywnie oceniam sytuację – nie mam sobie nic do zarzucenia, naprawdę. Nawet jeśli czegoś nie zrobię – nie katuję się, bo wiem, że kiedy tylko mogę – działam. Jestem dla siebie dobra, bo życie to nie lista to do, a ja chcę swoje przeżyć jak najlepiej. Jednocześnie mam też świadomość, że wiele spraw zależy ode mnie i to na nich się skupiam.

Wyjaśnijmy sobie na koniec jeszcze jedno – pięknie zapisany organizer z kalendarzem, pomalowane paznokcie, zrobione rzęsy i wysprzątany dom nie są miarą organizacji 😉 Mój Moleskine wewnątrz jest najbrzydszym planerem na świecie, a jednak najskuteczniejszym, jaki dotychczas stworzyłam. Mój dom i samochód często są nieposprzątane – być może dlatego, że tygodniowo robię 1000 km (co daje jakieś 15 godzin w aucie), jestem na kilku wizytach u specjalistów z córką, kilkanaście razy w tygodniu korzystamy z rehabilitacji, wieczorami pracuję, a lubię się też wyspać. Kiedy stawiam na priorytety rezygnuję z rzeczy, które są mniej ważne. Czasem są to paznokcie, innym razem film, czasem książka, czasem sprzątanie. Jest coś jeszcze, co ma duże znaczenie w planowaniu i wyznaczaniu priorytetów – opinia innych, którą przestałam się przejmować. Może po prostu trzeba powiedzieć to wprost i bez zbędnego owijania w bawełnę – olać to, co jest mało istotne i nie słuchać tych, którzy podcinają nam skrzydła, a przebywanie w ich towarzystwie wysysa z nas dobrą energię. Olewam to, bo szanuję swój czas i przede wszystkim – samą siebie.

OBIECANA NIESPODZIANKA – KONKURS Z CUDOWNĄ NAGRODĄ!

Zgodnie z zapowiedziami i obietnicą – zapraszam do wzięcia udziału w konkursie! Do wygrania planner A5 w kolorze pudrowego różu (tutaj możecie obejrzeć go dokładnie – Agnieszka Kudela Collection), który może być początkiem czegoś wspaniałego! 🙂 Konkurs jest skierowany do czytelników bloga, którzy obserwują moje konta na Instagramie – Izabela Kornet & Spotkania Świadomych Blogerek. Aby wziąć udział w konkursie należy pod postem konkursowym na Instagramie (tutaj) dokończyć zdanie: „Potrzebuję tego plannera, bo…” i czekać na wyniki do 7 kwietnia 2020 r. 🙂 Mile widziane będą wszelkie polubienia, udostępnienia w Instagram Story oraz zaproszenie znajomych do zabawy. Zwycięzca ma 3 doby na odesłanie informacji zwrotnej z adresem – inaczej wyłonię drugiego zwycięzce. Wysyłka odbywa się wyłącznie na terenie Polski za pomocą PP. Paczka zostanie nadana do zwycięzcy dopiero wówczas, gdy obecna sytuacja będzie unormowana, a wyjście na pocztę będzie dla mnie bezpieczne.

Z niecierpliwością czekam na pierwsze odpowiedzi konkursowe i mam nadzieję, że ten wpis był dla Was inspiracją, powodem do refleksji, a może nawet rozpoczęciem dla dużych zmian w życiu 🙂 Ściskam ciepło,

EDIT:

Zwycięzcą konkursu jest autorka komentarza: „Potrzebuję tego planera, bo zapominam o wszystkim, nawet o najważniejszych rzeczach, jak skierowania na badania, wizyty, a na dodatek mogłabym sobie zaplanować cały tydzień, a nie zawalać pracą cały dzień. Straszne ułatwienie życia.” Patrycja @mrs.wyzgowska – gratulacje! Mam nadzieję, że z plannerem wszystko będzie choć trochę prostsze 🙂