Najpiękniejsze słowa wsparcia, jakie otrzymałam podczas karmienia piersią

Nasza córeczka kończy dziś 11 miesięcy, a ja świętuje piękne 11 miesięcy karmienia piersią. Wyjątkowe, wzruszające i pełne emocji, ale nie łatwe. Choć usłyszałam przez ten czas dziesiątki przykrych, podcinających skrzydła, zniechęcających i bezpodstawnych „dobrych rad” to dziś chcę opowiedzieć o tych najpiękniejszych. Słowa mają ogromną moc. Mogą zranić do szpiku kości i na zawsze zmienić czyjeś życie. Mogą też uskrzydlać, ciągnąć ku górze i pomóc odzyskać wiarę – w siebie, w powodzenie, w prawdziwe szczęście. Jestem wdzięczna światu za to, że postawił na mojej drodze ludzi o wielkich sercach, którzy słowami i dobrocią uratowali mnie jako matkę. Cieszę się, że sztab tych bliskich i obcych mi ludzi niósł mnie na swoich ramionach, kiedy ja sama nie miałam siły. Dzielę się dziś z Wami kilkoma zdaniami, które wciąż mam w głowie i prawdopodobnie nie zapomnę ich do końca życia. To ułamek anielskości, jaki otrzymałam od świata i chcę pokazać Wam, jak ogromne miał dla mnie znaczenie.

„KAŻDA KROPLA SIĘ LICZY”

To zdanie usłyszałam od pielęgniarki neonatologicznej z oddziału intensywnej terapii noworodka. Przyniosłam po raz pierwszy odciągniętą laktatorem siarę. W pojemniku na pokarm mamy było mniej niż objętość małej łyżeczki, a ja wciąż pamiętam ten pobłażliwy uśmiech pielęgniarki. Zrobiło mi się głupio, że przyniosłam dla córki wielkie nic, ale ona obiecała mi, że liczy się każda kropa. Powiedziała też, że poda ją córce przy następnym karmieniu sondą oraz poinstruowała mnie z samoobsługi na oddziale – pokazała gdzie zostawiać świeże mleko, gdzie mrozić nadwyżki, jak podpisywać odciągnięte mleko i skąd brać pojemniki na pokarm. Pamiętam jak stałam przy inkubatorze i nie widziałam nic, bo oczy miałam zalane łzami. Pamiętam też, że dzięki tej pielęgniarce opuszczałam oddział z nadzieją na utrzymanie laktacji.

„DZIEWCZYNO, TY ZASŁUŻYŁAŚ NA MEDAL”

To zdanie usłyszałam od doradczyni laktacyjnej z poradni laktacyjnej w szpitalu uniwersyteckim. Pamiętam, gdy pani doktor wyliczała mi na palcach: przeszłaś niejedną mammotomię, zapalenie piersi, nawały pokarmu, miałaś dziecko w inkubatorze z dala od siebie, nie widziałaś i nie dotykałaś dziecka kilka dni, wstawałaś w nocy do laktatora, wyprowadziłaś dziecko z nawracającej niedowagi, zamieniłaś butelkę na pierś po kilkunastu tygodniach pracy z laktatorem, byłaś sumienna, nie poddałaś się, karmisz. Na sam koniec powiedziała, że zasłużyłam na medal, a ja tak bardzo dziękowałam jej za pomoc, że omal nie padłam jej do stóp. Nie żartuję. Jestem wdzięczna naszej doradczyni za to, że przyjmowała nas do poradni praktycznie co tydzień, dawała setki wskazówek i przede wszystkim pomogła przejść z karmienia piersią inaczej (laktator – butelka) na karmienie piersią. Byłam i jestem pełna podziwu dla jej pracy. Trochę uważam, że dokonała cudu pracując z tak trudnym przypadkiem jak my. Ona natomiast przy każdej wizycie powtarzała, że wszystkie nasze sukcesy poprzedza moja ciężka praca. Budowała we mnie pewność siebie jako mamy i dawała mi drugie szansy. Wierzyła we mnie. Ona też zasłużyła na medal.

„CHCESZ KARMIĆ, BĘDZIESZ KARMIĆ, NIE WAŻNE CO SIĘ STANIE I GDZIE MASZ SWOJE DZIECKO”

To zdanie usłyszałam od położnej kilkanaście godzin po porodzie. Przechodzą mnie dreszcze, gdy odtwarzam to teraz w pamięci. Jeszcze przy podpisywaniu dokumentów powiedziałam personelowi, że chcę karmić piersią. Szybko okazało się, że karmienie piersią nie wchodzi w grę, a córka trafi na intensywną terapię noworodka. Pękało mi serce, bo leżałam wśród mam ze zdrowymi dziećmi, które karmiły piersią. Wyłam ze wściekłości i czułam, że życie jest dla mnie nie fair. Rano przyszła położna. Położyła mi na szafce laktator i dała szybką instrukcję obsługi. Powiedziała, że słyszała, że chcę karmić piersią i że prosiłam o konsultacje z doradcą. Dowiedziałam się, że w weekendy doradcy nie ma i muszę poradzić sobie sama. Była stanowcza. Spojrzała mi w oczy i powiedziała, że skoro chcę karmić to będę karmić, a to, co się wczoraj stało i jak daleko od siebie mam teraz swoje dziecko, nie ma żadnego znaczenia. Uwierzyłam jej i odciągnęłam pierwszą siarę, a potem cały dzień płakałam z wdzięczności.

„TO NIESAMOWITE, ŻE SIĘ PANI UDAŁO”

To zdanie usłyszałam od pielęgniarki podczas rozmowy w oczekiwaniu na lekarza. Uzupełniała naszą kartę, pytała o podstawowe informacje. Zobaczyła w dokumentacji, że córka była karmiona butelką, natomiast ja w wywiadzie powiedziałam jej, że jest karmiona piersią. Zaciekawiona zapytała o naszą historię. Ja krótko opowiedziałam. Wyznała, że jej początki karmienia piersią też były trudne i okazała zrozumienie. Dodała na koniec, że wydaje się jej zupełnie niesamowite, że udało nam się zamienić butelkę na pierś. Miło wspominam tą krótką pogawędkę. Uświadamia mi, że warto jest być uprzejmym. Tak po prostu.

„CIESZY MNIE TO, ŻE PANI KARMI. PO PROSTU JEJ PANI POMAGA”

To zdanie usłyszałam od neonatologa podczas wizyty kontrolnej w poradni patologii noworodka. Był moment, że trzęsłam się ze strachu kładąc córkę na wadze, bo jej niska masa urodzeniowa i problemy z przybieraniem na wadze spędzały mi sen z powiek. Bałam się. Bałam się, że znowu będzie na minusie, że będą decydować o transfuzji krwi. Zapytano mnie o rodzaj karmienia, a ja odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Pamiętam ten ciepły, otulający mnie głos pani neonatolog, która wyraziła swoją radość i pochwaliła mnie za współpracę z poradnią laktacyjną. Nie chodzi o to, że byłam wtedy z siebie dumna. Chodzi o to, że kamień spadł mi z serca. Jako mama wcześniaka borykałam się (i borykam) z ogromnymi wyrzutami sumienia, a te słowa od neonatologa były jak miód na moje matczyne, zatroskane serce.

Celowo nie wspomniałam tu o nikim bliskim. Nie opowiedziałam o tym, jak bardzo wspierał mnie Hubert i jaką pomoc niosła moja mama. Nie opowiedziałam o tym, bo to zupełnie inna historia. Dziś chciałam zwrócić uwagę na to, jak ogromne znaczenie mają momenty, chwile, przypadkowe sytuacje. Chciałam pokazać, że swoim zachowaniem, stylem życia, słowami i czynami możemy na zawsze zmienić życie innych.

Pielęgniarka neonatologiczna. Doradczyni laktacyjna. Położna. Pielęgniarka. Neonatolog. Pięć zupełnie przypadkowych, obcych mi osób sprawiło, że codziennie walczyłam o karmienie piersią, choć codziennie chciałam się poddać. Póki karmienie nie stało się dla mnie zupełnie naturalne (a stało się tak około 5 miesiąca życia córki) – codziennie chciałam je rzucić, mimo głębokiego pragnienia karmienia. Pięć zupełnie przypadkowych osób uratowało moje macierzyństwo i być może uchroniło mnie przed depresją poporodową. Bo nie raz już mówiłam, że laktacja była jedyną formą mojego macierzyństwa – gdy moje dziecko zostało na intensywnej terapii, a ja wróciłam do domu, nie mogłam zrobić dla niej nic, poza odciąganiem mleka. I to mnie ratowało.

Choć wydaje mi się, że każdej osobie podziękowałam osobiście, to często dziękuję życiu za to, że postawił ich na mojej drodze. Jestem wdzięczna za piękno, jakie mnie spotkało. Dzisiaj celebruję. Nie będę robić nic nadzwyczajnego. Po prostu celebruję minione 11 miesięcy, bo zmieniły mnie na zawsze. Jestem silniejsza, a dobro, jakie dostałam, mogę słać dalej w świat.

Mam nadzieję, że dodałam otuchy tym, którzy jej potrzebują. Jeśli możecie – opowiedzcie swoje historie i dodajcie skrzydeł innym. Ściskam,